wypadło mi z rąk i zostało rozkruszone na tysiące małych kawałeczków. Minął miesiąc, a ja wciąż nie potrafię się otrząsnąć z tego, co się wydarzyło. Wciąż zastanawiam się, jaki sens ma moje życie bez niej, i czy w ogóle ma. Jedyna osoba, którą kochałam jak siostrę, której nigdy nie miałam, umiera. Po prostu, bez zapowiedzi. W mojej rozszalałej głowie, huczy miliard obelg na jej temat, a przecież nie mogę... Nie powinnam... Nie wiem kogo mam obwiniać. Ją? Siebie? Jack'a? Pijanego kierowce? Barmana który sprzedał mu butelkę taniej wódki? Sprzedawce w salonie samochodowym? Egzaminatora prawa jazdy? Czy może wszystkich naraz? Klęczę przy łóżku z głową w schowaną w poduszkę. Słyszę kroki, a zaraz potem cichą rozmowę mamy i Sabriny.
-To za długo trwa, ja wiem, że one były jak siostry, jak bliźniaczki, ale przecież to nie może trwać w nieskończoność, słyszę z ust mojej własnej matki. Wyczuwam złość, zmartwienie i troskę w każdym z jej słów.
- Myślę, że nikt nie potrafi zrozumieć tego co się dzieje w jej sercu, w głowie. Musisz dać jej jeszcze więcej czasu i przygotować się na to, że to nie minie nigdy. Może jej ból nie będzie aż tak widoczny, ale ona nigdy nie będzie już tą samą Bailey, która kochała życie.
-Mamo ale...
-Nie. Nie mów nic, chodź do ogrodu, a jej daj po prostu czas. W duchu dziękuje Sabrinie, że na wszystkie możliwe sposoby, odciąga moją matkę od zamiaru rozmawiania ze mną, o tym co się stało. Nie chcę o tym rozmawiać z nikim, bo wszyscy żyją dalej, a ja nie potrafię. Bo inni nie byli z nią zżyci tak bardzo jak ja. Nikt nie przeżył z nią tyle czasu co ja, nikt nie znał jej wszystkich sekretów, i nikt nie wiedział że ma dokładnie 23 pieprzyki. Nikt nie wiedział o czym marzy, kim chce być i jak bardzo nie lubi, gdy ktoś dotyka jej włosów sięgających do pasa. Jej czerwonych prostych jak druty przepięknych włosów... Wstaje z ziemi i biorę do ręki gitarę. Moją cudowną gitarę, podpisaną przez Elizabeth atramentowym niezmywalnym markerem. Po kolei dotykam każdej literki palcem E-L-I... nad i jadę po śladzie serduszka zamiast kropki, i dalej Z-A-B-E-T-H. Ocieram szybko cieknącą łzę i zaczynam grać jej ulubioną melodię. Zawsze przy niej kołysała się rytmicznie, a jej włosy opadały to na jedno, to na drugie ramie. Anioł zesłany z nieba i zabrany z powrotem, nie mogący dłużej przebywać na tym podłym świecie. Tak mniej więcej przedstawia się mój jedyny argument, dlaczego Bóg zabrał ją po zaledwie 17 latach męczarni na ziemi. Z szuflady wyciągam tekst piosenki, którą miałam napisać na jej 18 urodziny. Czytam każde słowo i zaraz potem odkładam go i wściekle trzaskam szufladą. Kładę się na łóżko, a powietrzu unosi się zapach bzu, którego w okolicy bardzo dużo. Maj. Prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku, które spędzę bez niej. Gapię się w sufit i to w nim szukam sensu teraz sensu życia. Nerwowo przekręcam się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Wybiegam z domu i biegnę nad Jezioro Samotności i zanurzam się tam cała. Biorę głęboki wdech i jeszcze raz wbrew grawitacji siadam na dnie jeziora. Wynurzam się i ku memu zdziwieniu widzę Jack'a.
-Jack
-Bailey. Mówi drżącym głosem. W mojej głowie roi się znów milion wspomnień przeżytych w trójkę. Nie wiem co mam zrobić więc podchodzę i siadam obok niego na brzegu.
-Tęsknisz? Przerywa wkońcu ciszę między nami
-Bardzo... I wiesz co jest najgorsze? Że ta tęsknota nigdy się nie skończy, bo ona już nigdy nie wróci... Nigdy, przenigdy nie będzie się już uśmiechać i... nie pozwalając mi skończyć terpnął mnie delikatnie w ramię i dodał
-I nie będzie nas już swatać, to chyba mój pierwszy śmiech od jej odejścia.
-Ojj tak Jack, oj tak powiedziałam poprawiając jego niesfornie ułożone włosy. Wyglądasz teraz jak Marco Reus mówię, a on aktorsko załamanym głosem przemawia - Oh.. Brakuje mi tylko 4 bramek i 10 asyst do pełnej podobizny. Znów wywołuje u mnie napad śmiechu.
-Wiesz co Bails? Czasami zastanawiam się, czemu ty nadal nie masz faceta. Śliczna, niebieskooka długowłosa brunetka potrafiąca grać na gitarze, mająca ogromny talent wokalny i na dodatek znająca się na piłce nożnej. Chyba masz racje mówiąc, że faceci to idioci. Nie chcę, ale robię to rumienie się.
-Żałuje, że nie udało nam się jej zeswatać, byłbym najszczęśliwszym facetem na ziemi powiedział i
zrobił to. Pocałował mnie. Bezczelnie bez zapowiedzi. Czy oni mają jakiś problem w tej rodzinie?! Czy wszystko muszę robić bez uprzedzenia?! Mógł powiedzieć, że zamierza mnie pocałować, zdążyłabym uciec, wdrapać się na drzewo, czy coś w tym stylu. Odrywa się do moich ust, spłoszony mówi ciche 'Przepraszam' i zostawia mnie samą nad brzegiem. Nie mogę uwierzyć. Przez następną godzinę siedzę i wgapiam się w wodę, która odbija światło księżyca. Z rozmyśleń wyrywa mnie nagły szelest traw.-Witaj, słyszę za sobą. Jestem David. David Nicolson. Odwracam się i widzę wysokiego, nieziemsko przystojnego Mulata, o czarnych jak noc oczach i z fryzurą zbliżoną do Neymara Jr. Kolczyk w uchu jest chyba dopełnieniem jego cudowności. Kiedy siada obok mnie zauważam długie, boskie rzęsy które tak charakterystycznie dopasowują się do oczu, że zaledwie po 2 minutach znajomości mam ochotę spędzić z tym chłopakiem całe swoje życie. -Nie odezwiesz się? Niebieskooka? - Jestem Bailey. -Miło mi Cię poznać Bailey, mówi posyłając mi najprawdopodobniej najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałam. -A wiec, co robisz tutaj, o 2 nad ranem, kompletnie przemoczona? W tej chwili mam ochotę powiedzieć, że szukam sensu życia, po śmierci Elizabeth, jedynej osobie, dzięki której czułam, że mogę wszystko, ale mówię tylko- Nie mogłam zasnąć. I zamiast ciągnąć rozmowę z tym nieziemskoniewiarygodniecudownieprzystojnym chłopakiem, wstaje i zanurzam się w wodzie. Dopiero po wynurzeniu, zauważam że David ma ze sobą gitarę, czuję, że mogę z nim mieć wiele wspólnego. -Garrison AG 300. Wspaniała... Mówię, podchodząc i przejeżdżając delikatnie po strunach. -Grasz? -Trochę tak. -Zagraj coś. Podaje mi gitarę, a ja znów zaczynam grać kawałek, który sprawiał najwięcej przyjemności Elizabeth. Zatracam się w muzyce, zamykam oczy i widzę ją przed oczyma. Beztrosko uśmiechniętą. Kiedy zbliżam się do kulminacyjnego momentu w piosence natychmiast przerywam, widzę ten dzień. Dzień w którym moje życie przewróciło się o 180 stopni. -Hej, hej. Spokojnie, coś nie tak? -Nie,tak, tak, nie.. Przepraszam, muszę już iść. Wstaje z ziemi i biegnę w stronę domu, słyszę za sobą tylko nieme "Zaczekaj... Gdzie Cię znajdę?" Ale nie zatrzymuje się. Znów nie potrafię opanować łez.Kładę się na łóżku, zupełnie zapominając o budziku, który miałby mnie obudzić do szkoły. -Bailey! Wstawaj! Spóźnisz się! Pierwszy raz od cholernego miesiąca idziesz do szkoły i już chcesz się spóźnić? Słyszę ten krzyk nawet pod stertą poduszek na głowie. Przewracam oczyma i zaczynam kolejny, kompletnie bezsensowny dzień. Podchodzę do szafy, w której jak zwykle panuje idealny porządek. Sukienki poukładane alfabetycznie kolorami, ubrania złożone od największej do najmniejszej kostki. Sama nie wiem czy jestem aż tak przewrażliwiona, czy to moja mama wpoiła mi, że tak należy. Wybieram czarne długie spodnie i granatową bluzkę z jakimś tandetnym motywem. Włosy jak zawsze spinam w kucyk, a do rąk biorę gitarę. Szkoła muzyczna. Co mnie pokusiło... Stękam pod nosem i naburmuszona schodzę na dół. -Tu masz śniadanie. Pakuj się do samochodu. -Jak sobie życzysz, jaśnie pani, mówię kłaniając się w pas. Na szczęście, lub nieszczęście moja cudownie wściekła jak zwykle matka, nie dostrzega tego gestu i wychodzi z domu, a zaraz za nią ja- wrak człowieka, jeśli w ogóle jestem jeszcze człowiekiem. 5, 10, 15... Tyle minut trwa moja podróż do szkoły. Wreszcie wysiadam, i gdy tylko przechodzę przez bramę szkoły, skupia się na mnie kilkaset par oczu, jedni coś szepczą, drudzy tylko żałośnie się wgapiają. I nagle, na końcu szarego tunelu pojawia się promyk. David. Może to idiotyczne, ale uśmiecham się, bo wiem, że z nim dzień nie będzie aż tak pusty jak zwykle. -Bailey! Wykrzykuje. A myślałem, że już się nie spotkamy. Chyba zacznę wierzyć w przeznaczenie, mówi kompletnie nie zważając, że nadal wszyscy skupiają na mnie i teraz już na nim wzrok. -Całe szczęście, że chociaż jedna znajoma twarz tutaj, myślałem, że się nigdy tutaj nie odnajdę. Gdzie jest sala ćwiczeń? Teraz gitary prawda? Idziesz ze mną mam rozumieć? Mówi wskazując na futerał gitary, a ja stoję jak posąg. Jakby świat sie zatrzymał. Na szczęście w porę odzyskuję kontakt ze światem. -Tak, David chodź, idziemy. No właśnie. Idziemy, razem na głębokie morze, wypełnione rekinami, czekającymi aż podejdziemy bliżej. Na szczęście w porę, skręcamy do sali ćwiczeń. Tam widać już tylko rozszalałego pana Roberto, który zawsze gubi wszystko co ma w ręku, od stroików, przez nuty aż do instrumentów. Siadam na swoim miejscu, a zaraz obok mnie David, obok Davida jakby z ziemi wyrasta Michael. Jędzowata, piegowata brunetka, z którą zacięcie walczymy. Stop. Poprawka. Teraz już tylko ja walczę od lat. Nie wiem czy to ze względu na to, że nasze matki się nienawidzą, czy sam fakt, że zawsze odbierała nam wszystko, to spowodował, ale po prostu się nienawidzimy. Tak było jest i będzie Amen. Wyciągam z torby swój stroik, który upada na podłogę. W tym samym czasie co ja, schyla się po niego David. Bo, bo, boom! -Do jasnej kobyły, Smith, Nicolson do łazienki, do pielęgniarki, gdziekolwiek, byle nie tu, już! Nie ma was! Speszeni oboje wychodzimy z sali, a za sobą mamy tylko wścibski wzrok Michael. Punkt dla Bailey! Myślę w głębi duszy i z guzem idę przez pusty korytarz, to znaczy idziemy, w dwójkę. -Przepraszam, chciałem być miły. -Nie szkodzi, nawet lepiej, bo już powoli miałam dość przenikliwego
wzroku ich wszystkich. -O właśnie. Dlaczego? Dlaczego oni wszyscy się tak na Ciebie patrzą? Przecież nie jesteś jakaś szczególna... To znaczy jesteś bardzo ładna, masz nieziemskie włosy i oczy i w ogóle cała jesteś nieziemska, ale o co chodzi? Wytatuuje sobie to zdanie na pośladku! Boski David, ciemnooki David powiedział, że jestem nieziemska! To chyba jakiś piękny sen, myślę i znów na chwilę odpływam. -A więc? Pyta i w tej chwili docieramy do gabinetu pielęgniarki. -Powiem Ci, później... może dodaje cicho i wchodzimy do pomieszczenia, gdzie za biurkiem siedzi kobieta w białym fartuchu. -Smith, witaj. Po miesiącu, znów będę miała co robić. Co tym razem? -Trochę jakby się stuknęliśmy, mówi przejęty David. -Po zimnym okładzie, i sio na lekcje, mówi srogo pani Genevie. Wychodząc z gabinetu, David chwyta mnie za rękę i odwracając do siebie, patrzy w oczy. -Posłuchaj, dzisiaj wieczorem. Ja i ty, przy tym jeziorku. Chcę się dowiedzieć, jaką tajemnicę skrywasz, przepiękna Bails. Pstryka mnie z nos, a ja stoję osłupiała, i nawet nie wiem kiedy on odchodzi, a ja jak totalna idiotka stoję nadal w tym samym miejscu, szybko jednak go doganiam. -Jesteś zbyt pewny siebie -A ty totalnie urocza, gdy się czerwienisz mówi i znów posyła mi uśmiech. TEN uśmiech. -Przestań to robić! -Co takiego? -Patrzeć się na mnie tymi cudownie czarnymi oczyma, i uśmiechając się tak bezczelnie. -Przykro mi, na twój widok, uśmiech pojawia się sam, a oczy... Za oczy obwiniaj mojego ojca. -Idź już, bo Roberto wywali nas z zespołu. Wchodzimy do sali, wypełnionej po brzegi. Siadamy na swoich miejscach i oboje bierzemy do rąk swoje gitary...

